Rodzina Nowaków

powiększ mapę
Zdjęć : 6

Więcej o rodzinie Nowaków

Sprawiedliwi

Rozalia i Wiesława pochodzą z Zawiercia, miejscowości znajdującej się 50 kilometrów na północny wschód od Katowic.

Siostry mieszkały z rodzicami, Franciszkiem i Genowefą Nowakami, oraz matką i niezamężną siostrą Genowefy, Marią.

Żydzi

Żydowska społeczność Zawiercia w roku 1921 stanowiła 21 procent ogółu mieszkańców. Byli tu i chasydzi, i zwolennicy syjonizmu, były także rodziny zasymilowane. W mieście działały organizacje handlowców, rzemieślników oraz związek zawodowy robotników, w roku 1925 otwarto dwa żydowskie banki. Zawiercie było też dwukrotnie świadkiem antysemickich zamieszek, których sprawcy zostali postawieni przed sądem i ukarani. 

Wojna

Niemcy zajęli Zawiercie 4 września 1939 roku. Leżące pomiędzy Krakowem, Częstochową i Katowicami miasto znalazło się na terenach wcielonych do III Rzeszy.

W kwietniu roku 1940 do miasta przesiedlono około sześciuset Żydów z Górnego Śląska. W lipcu tego roku utworzono dzielnicę żydowską, początkowo otwartą i otoczoną jedynie drewnianym płotem. Jej granice wyznaczały ulice: Marszałkowska, Robotnicza, Szkolna, Apteczna, Górnośląska, Hoża, Ciasna i Nowy Rynek.

Dla Nowaków oznaczało to przeprowadzkę – kamienica, w której dotąd mieszkali, znalazła się w obrębie getta. Zamieszkali na Nowym Rynku 3, naprzeciwko granicznego płotu.

Sztajnkeler

W nowej kamienicy na parterze znajdował się warsztat ślusarski, do wojny połączony z pięterkiem, gdzie mieszkał jego właściciel. Teraz piętro zostało oddzielone i zamieszkali tam Nowakowie. Do warsztatu natomiast przychodził pracować Żyd nazwiskiem Sztajnkeler, przesiedlony wraz z żoną i synkiem Fryderykiem zwanym Fryckiem do zawierciańskiego getta spoza miasta. Spędzał on w warsztacie dzień, a po pracy wracał do getta.

„Tylko tak żeśmy się z tym panem kontaktowali, czy w bramie, na ulicy. (...) Taki sympatyczny był ten pan. Poza tym w czasie okupacji myśmy z siostrą chodziły na wieś po mleko, to czasem jemu żeśmy to mleko sprzedawali, odstępowali, i do getta to mleko nosiły. Bo było tak, że po jednej stronę ulicy był nasz dom, ulica, a po drugiej stronie już było getto”, wspomina Wiesława.

Życie w getcie

Złe warunki sanitarne w getcie, przeludnienie, niedożywienie i zimno stały się powodem wybuchu licznych epidemii zimą 1941/42 roku. W sierpniu roku 1942 zawierciańskie getto przeżyło pierwszą akcję likwidacyjną, podczas której Niemcy złapali i wywieźli do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau około 2,5 tysiąca osób. Prawdopodobnie wtedy zginęła matka Frycka.

Sztajnkeler z synem przeżyli w getcie następny rok. Latem 1943 roku wśród jego mieszkańców pojawiły się plotki, że dzieci żydowskie o tzw. aryjskim wyglądzie będą wywożone do Niemiec.

Frycek: ucieczka

Nie wiadomo, czy to te pogłoski sprawiły, że Sztajnkeler zaczął szukać schronienia dla syna, niebieskookiego blondynka, czy też robił to niezależnie – w każdym razie zwrócił się on do Nowaków z prośbą o pomoc w wyprowadzeniu Frycka z getta, które było już zamknięte i otoczone murem i drutem kolczastym.

„W ogóle nie było dyskusji, że my go weźmiemy na górę [do mieszkania]”, mówi Wiesława. A Rozalia dodaje: „On miał być jeden dzień i noc i na drugi dzień [Sztajnkeler] miał już jakiś punkt, gdzieś go miał wywieźć… że już miał papiery, i kto wie, czy i on też miał z tym dzieckiem uciekać (...). Ale myśmy nie byli w to wtajemniczeni”. 

Nowakowie zgodzili się, a całą akcję powierzyli Rozalii i Wiesławie. Oto jak ją wspominają.

Wiesława: „To była niedziela, piękna niedziela, po południu. (…) Pan [Sztajnkeler] powiedział, że dziecko będzie w różowej bluzeczce i krótkich spodenkach, a jemu powiedział, że przyjdą dwie dziewczynki i go zabiorą. Ta brama była taka lekko zgufrowana [tu: powyginana – przyp. red.], że można było tak ją troszkę odciągnąć, że dziecko przeszło. Myśmy tak najpierw z siostrą na skakance skakały, tak żeśmy podskakiwały, i on wyszedł, a my szybciutko i między sobą wzięłyśmy go”.

Rozalia: „Ona z jednej strony, ja z drugiej. I podskakiwać zaczęłyśmy, i zabrałyśmy go do tego (…) warsztatu. A tam był taki kontuar, i taka półeczka była. I on [Sztajnkeler] tam jakąś kołdrę położył temu dziecku (…), żeby było jakieś przykrycie. I zostawił zdjęcia, swoje i z żoną”.

Likwidacja getta: 1943

Sztajnkeler ukrył syna w ostatniej chwili. Tej nocy stało się jasne, że to nie wywózkę dzieci Niemcy zaplanowali, ale całkowitą likwidację getta. Był sierpień 1943 roku. Rozalia wspomina:

„W nocy, pamiętam, potworny krzyk, płacz, światła, reflektory. (…) I te światła nas obudziły. (…) My do okna. (...) Patrzymy tak szparą, co się dzieje, pełno samochodów, psy, żandarmi, krzyk: »Los, los!«i »Sznel, sznel!«”. I kopali, i karabinami bili... no sodoma i gomora...”

Wiesława dodaje: „Najpierw jeździły takie platformy i jakieś samochody, ale przeważnie konie, na tych platformach wywozili tych Żydów prosto do wagonów, a takich starszych, chorych, to przywozili na Nowy Rynek, kazali im się kłaść plackiem, twarzą do ziemi, i nie wolno się było ruszać. (...) Jak już całe getto wyczyścili, wszystkich powywozili, to potem pozbierali tych, i nie wiem, co tam z nimi zrobili. To jeszcze kilka zwłok zostało na tym bruku”.

Nowakowie pomyśleli o chłopcu ukrytym na parterze. Franciszek zerwał płyty oddzielające mieszkanie od warsztatu i zabrał dziecko na górę. Gdy Niemcy, którzy jeszcze długo wyszukiwali w getcie ukrywających się Żydów, zaczęli przeszukiwać także kamienice położone w pobliżu getta, Nowakowie byli przerażeni.

„Niemcy mieli listę mieszkańców każdego domu, chodzili z tą listą (...) i sprawdzali, czy tam kogoś nie ma w domu (...). I przyszli do naszego domu, tatusia nie było. Babcia taka staruszeczka była. Ciocia i my dwie, nawet nie wiem, czy mamusia była (…) i też z tą listą, i szukają, a ja tak się bardzo bałam, bo miałam takie wrażenie, że pies pozna dziecko żydowskie. Ale Niemcy przyszli do nas, że nas jest tyle tylko, i nas zostawili, nie wychodziliśmy i nie robili rewizji w mieszkaniu”, opowiada Wiesława.

Po tej akcji ze społeczności zawierciańskiego getta pozostało między czterysta a pięćset osób, zatrzymanych do pracy w fabryce mundurów. Był wśród nich Sztajnkeler, z którym Nowakowie jeszcze się kontaktowali w sprawie Frycka. Nadal była mowa o papierach i innej kryjówce. Wiesława pamięta, że ojciec i syn spotkali się jeszcze dwa razy.

Potem kontakt urwał się: 17 października 1943 roku także tych ostatnich Żydów Niemcy wysłali do Auschwitz-Birkenau.

U Nowaków

Frycek teraz został sam. Bez rodziny, bez papierów, bez szans na jakąkolwiek inną kryjówkę. Nowakowie wiedzieli, że są jego jedyną szansą na przetrwanie:„Trudno powiedzieć, żeby to była świadoma decyzja, że postanowiliśmy być bohaterami i zająć się dzieckiem. Chodziło o to, że było dziecko i nie było innej opcji. Można było zamknąć oczy, ewentualnie donieść na gestapo, co nikomu nawet głowy nie przyszło”.

Ukrywanie

Kryjówkę dla Frycka urządzili w szafie.W kamienicy panował zwyczaj, że lokatorzy, których mieszkania nie miały okien od strony ulicy, wpadali do Nowaków, by zerknąć, co się dzieje na rynku; na porządku dziennym były też sąsiedzkie pożyczki. Drzwi do domu były więc stale otwarte i nigdy nie można było przewidzieć, kto i kiedy się pojawi, dlatego Frycek musiał przez większość dnia pozostawać w ukryciu.

Dopiero nocą chłopczyk wychodził z szafy. Nowakowie otwierali wtedy okno i pilnowali, by dziecko, które już wcześniej miało trudności z chodzeniem, teraz jak najwięcej się poruszało.

Chociaż niełatwo było zdobyć wyżywienie, Nowakowie dzielili się z Fryckiem wszystkim, co mieli – traktowali go jak członka rodziny.

Zagrożenia

W lipcu 1944 roku, po kilkumiesięcznej chorobie zmarł Franciszek Nowak. Tradycja nakazywała, aby trumna z ciałem pozostawała przez jakiś czas w domu, tak by wszyscy, którzy chcieli, mogli wejść i pożegnać się ze zmarłym. Przed bramą kamienicy stawiano wówczas wieko trumny, które informowało przechodniów o śmierci. Mały Frycek musiał cały ten czas spędzić w szafie.

Jakiś czas później Niemcy zarządzili, że Nowakowie mają udostępnić pokój niemieckim lotnikom, których w tym czasie odwiedzały żony. Były to dwie pary, z których każda spędziła w mieszkaniu Nowaków dwa tygodnie.

„Była taka sytuacja, że pod koniec wojny szukali kwater dla oficerów wyższej rangi, bo żony miały do nich przyjechać. To nam wtedy zajęli cały pokój. Tatuś już nie żył wtedy. Babcia spała na takim łóżeczku w kuchni. W kuchni było jedno łóżko. A myśmy odsuwali stół. Na podłodze kładliśmy coś. Bo jak zajęli pokój, to z pościelą, ze wszystkim. Cały pokój był do ich dyspozycji”, opisuje Wiesława.

Frycka kobiety ukryły w kącie, gdzie stał stół z wiadrami wody. Wiesława opowiada: „A tu była półeczka. I garnki stały na tej półeczce. I taka firaneczka była. (...). No to tam, na tej półeczce, pościeliliśmy [Fryckowi] od ściany, żeby on tam leżał. A tu były postawione garczki”.

Kobietom stale towarzyszył lęk, by dziecko jakimś nieopatrznym ruchem, kaszlnięciem nie zdradziło swojej obecności. „Myśmy siedzieli jak na rozżarzonych węglach”, wspomina Wiesława. Były wyczulonena każdy mogący zwrócić uwagę odgłos: „Jak coś, to my same, stołkiem, że same żeśmy ruszyły”. Wiesława mówi o Frycku: „Był nadzwyczajnym dzieckiem, nadzwyczajnym. Myśmy jemu uratowali życie, ale on nas też uratował. (…) Nie płakał. Nie kichnął nigdy. (…) Jak dziecko niewidoczne (…) On ocalał, cała rodzina ocalała”.

Po wojnie

W styczniu 1945 roku do Zawiercia wkroczyło wojsko radzieckie.

Obawy

Chociaż wojna była skończona, Genowefa i jej córki nadal nie ujawniały faktu, że przez dwa lata ukrywały w swoim mieszkaniu żydowskie dziecko. Obawiały się powrotu okupanta, obawiały się Rosjan, obawiały się sąsiadów.

Uznały, że Frycek musi się u nich pojawić legalnie. W tym celu postanowiły potajemnie wyprowadzić chłopca do mieszkającej poza Zawierciem ciotki. Ta z kolei miała oficjalnie przyprowadzić go do Nowaków i przedstawić jako kuzyna ze wsi, Januszka.

„Myśmy go zaprowadzili do ciotki (…) tylko po to, żeby go potem jawnie przyprowadzić, jako nieżydowskie dziecko. (…) Wtedy w domu robili ze mnie taką bohaterkę: »Wiesiu, ty się nie boisz,(...) to pójdziesz tam do cioci«. Ja wyszłam tej nocy, świateł nie było, ciemniutko. Miałam wtedy niecałe jedenaście lat, on siedem. Bałam się ogromnie, bo jeszcze były zwłoki na Górnośląskiej (...) niepozbierane (…). Między tymi zwłokami szłam. (...) Mniej się bałam, jak go niosłam, niż jak szedł ze mną. Ja go z naszego domu doniosłam do cioci. (...) i dopiero w dzień wróciłam. A on został. I przyprowadziła go ciocia do nas do domu”.

Mimo że Frycek mógł już oficjalnie pokazywać się na podwórku, nie włączył się w zabawy innych dzieci. Pozostał na uboczu, cichy, spokojny, smutny.

Trudna decyzja

Szukając pracy, o którą w powojennym Zawierciu nie było łatwo, Genowefa dotarła do właściciela fabryczki pończoch nazwiskiem Rotmensz. Prosiła o zatrudnienie, tłumacząc, w jak ciężkiej sytuacji się znalazła. Gdy wspomniała, że ma u siebie żydowskiego chłopczyka, mężczyzna początkowo nie uwierzył:

„»A gdzie pani mieszka?«”,pyta. „»A tutaj, na Nowym Rynku«.»Tam? Nie, to niemożliwe, żeby u pani się uchowało dziecko żydowskie. (…) Nie, to niemożliwe, nie proszę pani, ale to wszystko jedno –  ja pracy nie mam i nie mam możliwości załatwić jej pani«.

Ale za jakieś dwa dni przyszedł do nas i zapytał, czy może sam wejść z dzieckiem do pokoju i sam z dzieckiem porozmawiać. No i poszedł do pokoju, porozmawiał [z Fryckiem]. I wiedział, że to jest dziecko żydowskie. I później jeszcze raz przyszedł. I za trzeci raz. I za wszystko przyniósł nam raz kilogram mąki. I jak przyniósł nam tę mąką, to mówi, że dla dobra dziecka, to najlepiej żebyśmy go oddały”.

Genowefa i jej córki nie chciały się rozstawać z Fryckiem-Januszkiem, ale Rotmensz przekonywał, że dla dziecka tak będzie lepiej. Obiecywał, że Nowakowa będzie mogła utrzymać kontakt z dzieckiem. Wobec trudności z pracą i brakiem pieniędzy na podstawowe potrzeby Genowefa w końcu  zdecydowała się oddać dziecko. Wszyscy płakali przy rozstaniu.

„Myśmy nie miały nawet pieniędzy, żeby jakieś ubranko kupić dla chłopca”, wspomina Wiesława. „W tym sweterku [który nosił wcześniej] poszedł. W tym płaszczyku i tej czapeczce. I pamiętam jak dziś, jak wyszedł z tym panem. I słuch o nim zaginął na pięćdziesiąt lat.”

Poszukiwania: 1945 – 1998

Mimo obietnic Genowefa nie zdołała już skontaktować się z Fryckiem. Genowefa nigdy się z tym nie pogodziła: „Póki żyła (…), mówiła, że nie umrze, dopóki się nie dowie, co tam z Fryderykiem, jak tam żyje Fryderyk, czy on przeżył, czy on pamięta, czy żyje, czy mu się życie ułożyło”.

Poszukiwania trwały długo. Rozalia i Wiesława zwracały się do Ambasady Izraela, do Komitetu Żydów Zawierciańskich w Izraelu,  korzystały z pomocy prasy. Okazało się potem, że mieszkający w Izraelu Fryderyk także ich poszukiwał. Ale błędnie zapamiętane nazwisko – Jakubowska, nazwisko panieńskie Genowefy, którym zwracano się do jej matki – przez lata uniemożliwiało odnalezienie kogokolwiek.

Spotkanie

Wysiłki obu stron zakończyły się pomyślnie w roku 1998. Do Fryderyka, teraz już Efraima, dotarła gazeta, w której opublikowano list Wiesławy, opisujący poszukiwanego chłopcu. Zorientował się, że to o niego chodzi. Odpisał:

„Droga Pani Wiesławo. Zostałem bardzo wzruszony, czytając w gazecie »Nowiny Kurier« wiadomość o poszukiwaniu osoby pod nazwiskiem Freederik Steinkeller. Więc chcę Panią powiadomić, że tą osobą jestem ja osobiście, który został przechowany w czasie okupacji w Mamy mieszkaniu i jako dziecko wołali na mnie Fricek. Wiem, że byliście narażeni na wielkie niebezpieczeństwo. Wiem, że dzięki Wam zostałem uratowany i jestem winien Wam moje życie...”

„I tak żeśmy się odnaleźli”, kończy swoją opowieść Wiesława. „I teraz ciągle mamy z nim kontakt, taki ciepły, taki serdeczny. No czujemy się jak najbliższa rodzin”. I dodaje: „[Efraim] jest po prostu niesamowitym człowiekiem. Tryska z niego po pierwsze taki spokój, opanowanie. A po drugie niezwykła inteligencja. I niesamowita radość z tego, że żyje. Mimo takich ciężkich przejść. Ma dwoje pięknych dzieci, wnuczęta (…) i wspaniałą żonę”.

Bibliografia

  • Czyżewska Anna, Wywiad z Rozalią Włodarczyk, Muszyce 22.09.2009
  • Czyżewska Anna, Wywiad z Wiesławą Kostrzewą, Muszyna 22.06.2009
  • Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, 349, 2379
  • Gutman Israel red. nacz., Księga Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, Ratujący Żydów podczas Holocaustu, Kraków / Fundacja Instytut Studiów Strategicznych / 2009