„Chlebem pomagałem”
W maju 1941 r. Niemcy utworzyli na terenie Krzyżownik obóz pracy przymusowej (Judenarbeitslager) dla Żydów z Kraju Warty (Wartheland). Obóz Steineck 3 stanowił jeden z kilkunastu podobozów głównego obozu pracy dla Żydów, zlokalizowanego w latach 1941-1943 na stadionie miejskim w Poznaniu (Judenarbeitslager-Stadion). Więźniowie tych podobozów, niezależnie od pogody, wykonywali wielogodzinną, morderczą pracę na otwartym terenie. Polskie rodziny, zamieszkujące okolice obozu i trasy przemarszu Żydów do pracy, mogły udzielać im tylko niewielkiego wsparcia. Skrajnie niedożywieni więźniowie stale poszukiwali pomocy, przede wszystkim żywności. Ci z obozu Steineck 3, których skierowano do prac ziemnych i rekultywacyjnych w okolicach Krzyżownik, Strzeszyna (Sedan) i Jeziora Kierskiego (Ketscher See), w akcie rozpaczliwej walki o przeżycie szukali żywności w drodze do pracy.
Z pomocą przyszedł im Wacław Kopydłowski. Każdego dnia przechodząca obok jego piekarni kolumna robotników delegowała kilku więźniów, którzy w tajemnicy pobierali chleb i rozdzielali go wśród współwięźniów. O tym dramatycznym czasie i okolicznościach właściciel piekarni pisał: „Żołnierz walczył na froncie karabinem, a ja chlebem pomagałem (…) jeńcom obcej narodowości, między innymi Żydom, którzy przebywali na terenie obozu w Krzyżownikach”.
Niemiecka komendantura obozu wpadła wkrótce na trop świadczonej pomocy i uszczelniła dozór konwojowanych Żydów. Wacław Kopydłowski musiał poszukać innego sposobu dostarczania chleba do obozu. Zadania tego podjął się poznaniak Leon Stróżczyński (1893-1942), który został w obozie zatrudniony przymusowo przez niemiecki Urząd Pracy (Arbeitsamt) w funkcji dozorcy obozowego.
W połowie maja 1942 r. gestapo urządziło zasadzkę na dozorcę Stróżczyńskiego i zatrzymało go tuż po odbiorze 15 bochenków chleba z piekarni. Jak twierdzi córka Wacława Kopydłowskiego, Urszula Przewoźna, przyczyną wpadki mógł być donos polskiej rodziny, która zamieszkiwała wówczas część domu, w którym znajdowała się piekarnia.
Wacław Kopydłowski został aresztowany wkrótce potem, 22 maja 1942 roku. Obaj mężczyźni byli więzieni w poznańskim Forcie VII i brutalnie przesłuchiwani w siedzibie gestapo w Poznaniu. Po rozprawie, która odbyła się 16 listopada 1942 r. przed Sądem Specjalnym (Sondergericht) w Poznaniu, Wacław Kopydłowski został skazany na 6 lat ciężkiego obozu pracy, natomiast Leon Stróżczyński na karę śmierci przez zgilotynowanie. Egzekucja odbyła się 14 grudnia 1942 r. w więzieniu przy ul. Młyńskiej w Poznaniu. Wkrótce na ulicach Poznania rozwieszone zostały afisze (Bekanntmachung), informujące o dokonanej egzekucji (wg informacji córki skazanego – Barbary Nowaczyk z d. Stróżczyńskiej).
Wacław Kopydłowski przeżył więzienia we Wronkach, Sieradzu i Rawiczu oraz karne obozy pracy na terenie Rzeszy w Griebo k. Coswig (Elberegulierung Post Griebo bei Coswig) i Dessau (Strafgefangenenlager Dessau-Roßlau). Po wojnie udało mu się odtworzyć zarekwirowane przez Niemców wyposażenie piekarni i wkrótce na nowo uruchomił produkcję. Zmarł w 1973 roku. Tradycję rzemieślniczą kontynuuje do dziś jego wnuk, Sławomir Przewoźny.
O poświęceniu zdrowia i życia obu skazanych zaświadczył w swoich wspomnieniach były żydowski więzień podobozu Steineck 3, Berek Jakubowicz z Dobrej k. Turku. Ta historia stała się także tematem artykułu z 11 kwietnia 1968 r. w „Expressie Poznańskim”. 23 lata po uwolnieniu z obozu, Wacław Kopydłowski podsumował swój czyn na łamach gazety: „To przecież normalne, że jeden pomaga w biedzie drugiemu. Chyba nieliczni Żydzi przeżyli pobyt w Krzyżownikach. Mój chleb też im nie pomógł, ale mam spokojne sumienie, że starałem się ulżyć cierpiącym”.





