Szukamy ocalałych w Różanówce
List Józefa Ostropolskiego:
Jestem ostatnim świadkiem uratowania i przechowywania rodzin żydowskich.
Nazywam się Józef Ostropolski. Urodziłem się w roku 1940 w miejscowości Różanówka, powiat zaleszczyński, województwo tarnopolskie (obecnie Ukraina). Moimi rodzicami byli: ojciec Władysław, matka Elżbieta. Razem z nami mieszkał brat mamy, Jan, oraz babka, Tekla Stelmach. W czasie wojny, kiedy miałem około 5 lat pamiętam zdarzenia, z którymi miałem styczność przez przypadek, ponieważ to był temat tabu, a ujawnienie takiego przypadku okupant groził śmiercią tego, kto przechowywał razem z przechowywanymi. Wyrok był natychmiastowy przez rozstrzelanie lub spalenie żywcem. Swoje zeznania opieram na własnych przeżyciach i zasłyszanych do rodziców. A było to tak: Mój ojciec prawdopodobnie miał z uratowanymi dobre kontakty lub dobre znajomości, skoro zaryzykował bezinteresownie swoje życie. Ojciec był gospodarzem, miał konia i wóz. Kto to posiadał, był zmuszany przez okupanta do świadczenia usług transportowych w lagrach, gdzie byli trzymani Żydzi (transport ziemi). Prace te wykonywał przez dłuższy okres. Przebywając tam całymi dniami musiał mieć posiłek dla konia, który trzymał w worku pod deska na siedzeniu. W czasie, kiedy koń miał jakąś przerwę, wtedy jadł jedzenie z tego worka (obrok). Po skończonej pracy, kiedy worek od końskiego jedzenia był pusty, osoba zmówiona wślizgiwała się do tego worka, pod deskę, a ojciec siadał na niego i w ten sposób wywoził z lagru.
Przywożąc do domu wyratowana osobę lokował w stajni na strychu. W ten sposób wywiózł prawdopodobnie 11 osób. Z tej grupy uratowanej wyłączyło się 2 osoby, które przechowywały się u kogoś innego i zginęły w ogniu w budynku nie zdradzając swojej tam obecności. Pozostałą grupę u nas na strychu obchodziła mama, babcia i wujek, karmili i sprzątali po nich (odchody). Ojciec wybudował dla nich w tej stajni piwniczkę. Jak było zimno to tam wchodzili, jak było ciepło to siedzieli na strychu. Do piwnicy wchodziło się przez otwór pod żłobem, a na strych po drabinie. Ja będąc urodzony i wychowany na wsi, byłem bardzo bystry i ciekawy. Pewnego razu przez nieuwagę drabina nie była zabrana i otwór był otwarty. Coś tam na strychu zaszeleściło i ja tam chciałem wejść po drabinie. W tym czasie wujek Jan (brat mamy) to zauważył i ściągnął mnie z oporami. Ja natomiast uparcie twierdziłem, że tam kura zniosła jajko i koniecznie chciałem je zabrać. Jak wujek mógł mnie tam wpuścić, skoro na tym strychu byli Żydzi?
Pamiętam też jak hitlerowcy pędzili droga koło nas Żydów na okopowisko (miejsce śmierci). Z tej grupy jedna osoba (Żydówka) się wymknęła i wbiegła na nasze podwórko, skryła się za obornik. Niemiec to zauważył, przybiegł za nią, przystawił karabin i zastrzelił ją. Ja w tym czasie siedziałem na progu i widziałem to zdarzenie. Widział to też wujek, bo mówiłem do wujka, że strzeli jak z bata. W tym czasie ojciec pracował w polu. Kiedy sąsiedzi przekazali ojcu o tym mordzie na podwórku, ojciec przybiegł natychmiast do domu na pół żywy, bo myślał, ze to już koniec jemu i rodzinie oraz tych przechowywanych.
Po przejściu frontu, ci, co przeżyli rozeszli się, a ojciec z wujkiem poszli na wojnę. My, pozostali Polacy zostaliśmy przesiedleni z ojcowizny na ziemie odzyskane do miejscowości Goliszów na Dolnym Śląsku, gdzie jesteśmy do dziś. Po wojnie w jakiś sposób ojciec nawiązał kontakt z uratowanymi. W późniejszym czasie, kiedy byłem już większym chłopcem, ojciec zabrał mnie do Wrocławia na wycieczkę. Była to wycieczka do tych uratowanych. Wtedy dowiedziałem się, że między nimi była dziewczynka, już podrośnięta „czarnulka” to była ta dziewczynka ze strychu, która w tym czasie miała około 2 lat. Do dzisiaj zachodzę w głowę, jak takie dziecko było utrzymywane w takim strachu, że było cicho. Przecież ta stajnia stała przy samej drodze.
Będąc na tej wycieczce, jeden pan zabrał mnie z ojcem do lunaparku, gdzie zafundował mi atrakcje. Pan ten był średniego wzrostu, włosy blond, lekko falowane.
Ojciec i wujek utrzymywali z nimi kontakty listowne. Listy przychodziły z różnych części świat, między innymi z Kanady, USA, Izraela, Palestyny. W latach sześćdziesiątych miałem od uratowanych propozycje wyjazdu na stałe do USA. Ja w tym czasie byłem w wojsku, w specjalnej jednostce, więc było to niemożliwe, a dla mnie to była obczyzna. Było też zaproszenie na ślub, właśnie tej małej dziewczynki. To były lata sześćdziesiąte. Później przysłali zdjęcie ślubne do połowy.
Część listów, które wysyłał ojciec i wujek czasem wracało. Rozumiem samo przez się dlaczego. W końcu kontakt się urwał. Uważam, że Ci starzy już nie żyją, natomiast ta dziewczynka teraz ma około 68 lat i powinna jeszcze żyć.
W tych listach, które były pisane do ojca zawsze były wspomnienia o tych jajkach, które ta rzekoma kura miała znieść. Listy, które przychodziły były adresowane na Rot Koch i Switzer (tak odczytywałem), ponieważ pismo było takie, jak lekarz pisze na recepcie (magisterskie).
W latach osiemdziesiątych, kiedy dom mieszkalny ojca popadł ruinę, mój brat Antoni, który z nim mieszkał, wybudował nowy dom. Rozwalając stary dom, w tym zamieszaniu nikt nie zadbał o korespondencję, która została zniszczona. Po śmierci taty mój brat Antoni pojechał do Różanówki (Ukraina), aby zobaczyć to, co zostało po ojcowiźnie. Zobaczył dom i stajnię, w której byli przechowywani. Stoi do dnia dzisiejszego. W rozmowie z bratem obecny gospodarz chciał się dowiedzieć, dlaczego jego koń zapadł się w stajni pod ziemię. Oczywiście brat wiedział z przekazu rodziców, jaki był tego powód, ale bał się podjąć tego tematu.
Może coś mi umknęło z tej opowieści, ale to już tyle lat, więcej jak pół wieku. W związku z powyższym, za namową brata Antoniego odważyliśmy się: za ten strach, ryzyko, odwagę i poświęcenie, które trwało kilka miesięcy, że nadeszła pora, żeby ta sprawa ujrzała wreszcie światło dzienne. Nasza prośba, żeby ta sprawa nie uległa zapomnieniu i została zapisana w jakiś sposób w kartach historii.
Moim ostatnim życzeniem jest, aby odnaleźć tę małą dziewczynkę, która teraz ma około 68 lat, aby jeszcze raz ją zobaczyć i porozmawiać o tamtych czasach.
Józef Ostropolski





