„Dwóch rolników wydało ich granatowej policji” - opowieść Jerzego Siekańskiego

Razem z rodzicami Stanisławem i Wandą Siekańskimi mieszkałem przed wojną w Węgleszynie koło Jędrzejowa. Ojciec pracował w Urzędzie Pocztowym w pobliskiej Oksie, a mama była nauczycielką w Szkole Powszechnej w naszej wsi. Od 1942 roku rodzice przechowywali w domu żydowską rodzinę Żelichowskich pochodzącą z Łodzi. Był to podporucznik Wojska Polskiego z żoną – prawdopodobnie Polką – oraz ich ok. 5-letnim synkiem.

Rodzina  została ukryta w szopie przylegającej do naszego domu. Z kryjówki wychodzili w nocy, aby umyć się i pożywić. Pamiętam, że było nam bardzo ciężko, byliśmy głodni. Trudności w zdobyciu pożywienia występowały szczególnie wczesną wiosną, gdy głodowała cała wieś – nie było nawet ziemniaków.

W drugiej połowie marca 1943 roku w Węgleszynie Niemcy przeprowadzili łapankę na roboty do Rzeszy. Wtargnęli do naszego domu i przeprowadzili rewizję. Znaleźli broń, amunicję i odbiornik radiowy, który ojciec wykorzystywał do nasłuchów z Londynu. Dzięki ostrzeżeniom sąsiadów, mnie i ojcu udało się uciec. Mama była w tym czasie w szkole. Została aresztowana wraz z inną nauczycielką Jadwigą Włodek i wywieziona do Auschwitz, gdzie zginęła 6 stycznia 1944 roku.

Żydowską rodzinę odkryto w naszym domu dopiero w nocy po wyjeździe Niemców. Dwóch rolników wydało ich granatowej policji w Oksie. Rano Żelichowscy zostali rozstrzelani i zakopani w lesie.

Ta tragedia nigdy nie została opisana. Świadkowie wydarzeń opowiadali mi po wojnie, że ciała zostały ekshumowane i  wywiezione z Węgleszyna. Sądzę, że historia Żelichowskich nie powinna zostać zapomniana.