Historia Katarzyny Danuty Andrejew

Katarzyna Danuta Andrejew, Przewodnicząca łódzkiego oddziału Stowarzyszenia "Dzieci Holocaustu"

Tatuś powtarzał, że jak skończę czternaście lat, to powie mi coś bardzo ważnego. Oczywiście byłam bardzo zaciekawiona, wykombinowałam nawet, że opowie skąd się biorą dzieci – a przecież ja już to wiem.

Posadził mnie i opowiedział. To było straszliwe przeżycie.

Od zawsze było we mnie dużo rodzinnych uczuć. Ubolewałam, że nie mam ciotek, dziadków. Jak się okazało, że jednak byli, to było dla mnie bardzo ważne, czy babcia mnie widziała.

Nie wiem jak zginęli.

Zdobywam wiedzę o rodzinie. Chodzę śladami, szukam. Wielu rzeczy nie wiedziałam, nie wiem i nie dowiem się, bo nie mam już od kogo.

Mama, Natalia Gutowicz, pochodziła z Pruszkowa. Przed wojną mieszkała na ulicy Prusa 26 z rodzicami, Rubinem i Ruchlą (z d. Kamerfuks) Gutowiczami oraz z trzema młodszymi siostrami Marią, Felicją i Anną. Dom jeszcze stoi. Piętrowa, secesyjna kamienica.
Mój pradziadek, Mordechaj Gutowicz*, zarządca w majątku Potulickich, człowiek zamożny, był jednym z fundatorów pruszkowskiej synagogi i żydowskiego cmentarza. To jedna z niewielu informacji, które przekazała mi mama o swojej rodzinie. Konigstein, Kamerfusk, Gutowicz, mam kserokopię książki telefonicznej z 1929 roku, w której figurują ich nazwiska. Odnalazłam też groby. Mimo oporu mamy. Po wojnie nie chciała wracać wspomnieniami, nie chciała, żebym o tym mówiła. Pruszków odwiedziła tylko raz, w 1972 roku pojechała tam spotkać się z jedną z przyjaciółek, które pomogły nam w czasie wojny. Pewne rzeczy dotarły do mnie, kiedy byłam już dorosła. Zachowania, choroby, nerwowość.
Zmarła w czerwcu 1981 roku.

Tata, Lucjan Sieczko, w latach 1936 lub 1939 - 1944 pracował  w Wytwórni Silników, Obrabiarek i Narzędzi w Pruszkowie, która podlegała Stowarzyszeniu Mechaników Polskich z Ameryki SA z siedzibą w Warszawie (w czasie wojny Stowarzyszenie przejęli Niemcy, ale funkcjonowało prawdopodobnie pod tą samą nazwą). Kolarz – mistrz Warszawy z 1929 roku, pilot szybowców – latał m.in. z Jagodą Piłsudską, córką Marszałka, niezwykle przystojny. Bardzo mamę adorował, chociaż nie był jej wybrankiem. Świadomy tego, co nadciąga, chcąc chronić mamę, oświadczył się. Wzięli ślub 15 listopada 1939 roku w Żbikowie.
Rodzina ojca mieszkała w Mińsku Mazowieckim. Kilka lat temu dowiedziałam się od kuzynki, że nie pochwalali ożenku z Żydówką. Nie udzielili nam schronienia.
Po wojnie tata pracował w fabryce opon Stomil w Poznaniu. Zmarł w sierpniu 1979 roku.

W 1940 roku mama z rodziną trafiła do getta w Pruszkowie. Ojciec zamieszkał z nimi, razem przeprowadzono ich do getta warszawskiego. Przebywał tam do zamknięcia, potem wyszedł i szukał miejsca na kryjówkę.

Urodziłam się w marcu 1942 roku. Miałam trzy miesiące, kiedy ojciec opłacił granatowego policjanta i wyprowadził mnie, mamę i jej młodszą siostrę Annę z getta. Po dwóch dniach wróciła uważając, że jej miejsce jest przy rodzicach.

Zaczęła się tułaczka. Większość czasu byłyśmy rozdzielone.

Krótko po wyjściu z getta przebywałam w dzielnicy niemieckiej. Przyjaciółka mamy, Zofia Postrychowa, wyszła za mąż za Rudolfa Rytmana, oficera Wermachtu i tam mieszkali. Wzięli mnie do siebie. Rudolf, podobno bardzo dumny, woził mnie w wózku na spacery. Chyba wiedział kim jestem. Potem rozstali się z Zofią. On zgłosił się na front wschodni, gdzie, pod Stalingradem stracił nogi. Mama spotkała się z nim w Kolonii w 1967 roku.

Ukrywali mnie też przyjaciele rodziców sprzed wojny: Jadwiga Rzymska, Tadeusz Potajało. Ukochany wujek Tadeusz, mistrz Polski w jeździe na motocyklach. Po wojnie prowadził na Polnej sklep z autoczęściami znany wszystkim warszawskim taksówkarzom. Jako ostatni widział mojego dziadka Rubina Gutowicza. Szedł w kolumnie, która wchodziła po pracy w bramę getta.

Z miejsca na miejsce trafiłam z Warszawy do dziadków do Mińska Mazowieckiego. Ojciec pokazał mnie babci, ale szybko, razem z Tadeuszem, wywieźli mnie w lubelskie, do Woli Chomejowej. Tam, w marcu 1943, Maria Piłatówna, jedna z moich opiekunek zaprzyjaźniona z księdzem Czesławem Mutażukiem z Ulany, zorganizowała chrzest. W metryce wpisano: córka Lucjana Sieczko i Natalii z Domańskich, która zmarła przy połogu. Chrzestnym ojcem został Tadeusz Potajało.

Sposobowie, tak nazywali się ludzie, którzy przyjęli mnie w lubelskim. Do Sposobowej mówiłam podobno babcia Adamowa. Po wojnie nigdy się z nimi nie spotkałam, ale rodzice utrzymywali kontakt. Pamiętam, nosiłam czapkę z angory króliczej od przyszywanej babci Sposobowej-Adamowej.

Mama z getta poszła do przyjaciółki Marysi. Nazwiska nie znam. To chyba było na Siennej. Na skutek szantażu dozorcy uciekła. Miała dokumenty na nazwisko Natalia Domańska. Nie wiem, czy to w związku z ich organizowaniem, ale tata opowiadał o tym, że z przyjacielem zakradli się do jakiegoś urzędu, gdzie wyrwał strony z ksiąg, na których wpisane były prawdziwe dane mamy.
Najdłużej, do wyzwolenia, ukrywała się w Piastowie u ciotki mojego ojca, Wiktorii Gajewskiej. To była osoba bezdzietna, jedyna z rodziny taty, która akceptowała „ten mariaż”. Jej mąż, lekarz stomatolog, zginął w Katyniu. Była zamożna i pomagała utrzymać mnie i mamę.

Tata pracował. Na pewno też handlował. Pozbywał się biżuterii. Mamie zachował się jedynie mały pierścionek z brylancikiem, który teraz mam ja. Tata dojeżdżał do mnie z Warszawy rowerem – sto kilometrów. Doglądał mamy. Woził jedzenie, na pewno też ulotki. Związany był z podziemną organizacją, ale jaką, nie wiem.

Nigdy nie rozpatrywałam tego co robił w kategoriach bohaterstwa. Wydawało mi się to naturalne. Był mężem, ojcem.. dopiero niedawno, w czasie jednego z programów angażujących szkolną młodzież, dzieci biorące w nim udział zwróciły mi uwagę, że był bohaterem. Wiedział na co się naraża. Wiem, że uratował jeszcze kilka osób. Znam tylko jedno nazwisko: Józef Kuropatwa - po wojnie ambasador Urugwaju w Paryżu.

Chyba w 1943 roku, w miejscu pracy, tata razem z przyjacielem Janem Leoniakiem zniszczył inwenturę. To była Wielka Sobota. Odczekali aż wszyscy wyjdą. Po tym wyczynie wyjechał w lubelskie. Był poszukiwany przez Gestapo.

Spotkanie całej rodziny miało miejsce po wyzwoleniu Warszawy w Mińsku Mazowieckim u rodziny ojca. Ponieważ nie było z ich strony radości, już w maju 1945 roku rodzice wyjechali do Poznania, gdzie osiedli na stałe.



* Mordechaj Gutowicz – ojciec założyciel
Sefer Pruszków, s. 22; Menasze Opozdower, Kartki historyczne z dawnego domu; przedruk w: Pruszkowscy Żydzi, s. 32; Marian Skwara, Biblioteka w Pruszkowie, 2007

(...) Reb Mordechaj był pierwszym Żydem w mieście i historia powstania naszego osiedla jest ściśle z nim związana. (...) Jego nazwisko brzmiało wprawdzie Gutowicz, ale – jak przyjęto u Żydów w małych miasteczkach – miał również przydomek „Mordechaj Wieśniak”. (...)
Będąc zupełnym sierotą reb Mordechaj jeszcze jako dziecko zawędrował w te strony ze swojego rodzinnego miasta Tomaszowa Mazowieckiego i został pastuchem u hrabiego Potulickiego w Pruszkowie i dlatego właśnie przezywano go „wieśniak”. W bóżnicy zasiadał przy wschodniej ścianie, blisko rabina. Wysoki, barczysty, z żółtawosiwą brodą, niczym gospodarz miał oko na wszystko. (...)
Z czasem reb Mordechaj kupił parcele w centrum Pruszkowa, gdy jeszcze nie istniało miasto. Był on najbogatszym tamtejszym Żydem i pozostawił po sobie liczną rodzinę, która prawie całkowicie zginęła (...).
(...) Gdy liczba ludności wzrosła reb Mordechaj wynajął rabina i przyjął go do swego domu. (...) Przybyli również szojheci. W pierwszych latach wszyscy oni otrzymali mieszkania od reb Mordechaja. (...) Reb Mordechaj postawił również na swoim placu bet ha-midrasz i mykwę, które graniczyły z jego domem, zaś specjalne przejście łączyło oba budynki.
(...) reb Mordechaj dał parcelę, na której zbudowano cmentarz z pomieszczeniem na „taharę”, Mordechaj pochował też pierwszego zmarłego (...).
Tak to rosła gmina i gdy reb Mordechaj zmarł w 1917 r. w wieku 85 lat, miasto miało już rabina, mełameda [nauczyciela religii], szojchetów [rzeźników religijnych], gabajów, szamesów [pracowników bóżnicy i gminy wyznaniowej] i innych ważnych ludzi.